Opowieść motorniczego
Arkadiusz
ok. 9 minut czytania

Motorniczy jeździ tą samą trasą od lat. Ten sam pierwszy przystanek o tej samej minucie. Te same zakręty, te same sygnały na przejazdach, ten sam rytm stukania kół o łączenia szyn, który po pierwszym miesiącu przestaje być dźwiękiem, a staje się tłem — jak oddech sąsiada w cichej kawalerce.
Z zewnątrz jego dzień wygląda jak definicja powtarzalności. Rozkład jazdy wydrukowany na papierze. Szyny, które nie pytają, czy kierowca ma dziś nastrój na wschód czy zachód. Przystanki jak przysięgi — co siedem minut, bez negocjacji. To rytm narzucony z góry, sztywny jak metal. Ktoś, kto nigdy nie siedział w kabinie, mógłby pomyśleć, że w takim życiu nie ma miejsca na równowagę — tylko na monotonię albo na autopilota.
A jednak motorniczy każdego ranka, jeszcze przed pierwszym odjazdem, robi coś, czego rozkład jazdy nie przewiduje: chwilę wycisza się w kabinie i sprawdza, czy dziś jedzie ciałem, czy tylko nawykiem. Nie chodzi o modlitwę ani o rytuał z podręcznika. Chodzi o małą korektę — czy ramiona są zbyt wysoko, czy oddech jest zbyt płytki, czy oczy widzą tylko tory, czy też widzą poranek między budynkami. Zewnętrzny rytm jest dany. Wewnętrzny trzeba znaleźć na nowo.
Mihály Csíkszentmihályi opisywał stan, który nazywał przepływem — moment, w którym zadanie jest na tyle powtarzalne, że umysł przestaje walczyć z chaosem, a zaczyna się w nim poruszać jak ryba w wodzie. Wielu ludzi sądzi, że flow przychodzi tylko przy nowości: przy pierwszym skoku spadochronowym, pierwszej randce, pierwszym opublikowanym tekście. Tymczasem badania nad rytmem pracy pokazują coś odwrotnie: właśnie powtarzalność — jeśli nie jest przez nas traktowana jak wyrok — może stać się przestrzenią głębokiego skupienia. Nie mimo rutyny. Dzięki niej.
Motorniczy zna to uczucie z godzin, kiedy tramwaj jedzie prawie sam, a on tylko towarzyszy. Nogi wiedzą, kiedy hamować. Ręce wiedzą, kiedy otworzyć drzwi. A głowa — zamiast uciekać w planowanie wieczoru — czasem zostaje przy tym, co jest: przy świetle na mokrym asfalcie, przy twarzy stałego pasażera, który wsiada zawsze w tym samym miejscu i zawsze kiwa głową na powitanie. To nie jest ekstaza. To jest równowaga w ruchu.
Są też dni gorsze. Dni, w których motorniczy jedzie jak cień własnej ręki — otwiera drzwi, odjeżdża, zatrzymuje się, a wieczorem nie pamięta, czy któryś przystanek był mokry czy suchy. Wtedy szyny nie są drogą. Są murmurą. Wtedy zewnętrzny rytm działa bez niego, a on tylko pilnuje, żeby nic się nie stało. To też jest doświadczenie równowagi — tylko że równowagi utraconej, nie znalezionej.
Szyny wyznaczają trasę. Nie mówią, jak motorniczy ma przez nią przejechać.
List miesięczny
Piszę te eseje powoli — jeden tekst na miesiąc. Jeśli chcesz iść dalej tą samą drogą, zostaw swój adres. Kolejny list przyjdzie, kiedy będzie gotowy — bez pośpiechu i bez zalewania skrzynki.
W moim własnym życiu mam swoje szyny — godziny, które powtarzają się jak rozkład jazdy, obowiązki, które wracają w tym samym punkcie tygodnia, zdania, które mówię do siebie o poranku jak do sprawdzonej procedury. Przez długi czas myślałem, że prawdziwa równowaga przyjdzie dopiero wtedy, gdy te szyny znikną — gdy życie stanie się bardziej „interesujące”. Dopiero później zrozumiałem, że problem nie leżał w powtarzalności. Leżał w tym, że jechałem po swoich torach jak motorniczy z dni gorszych: bez obecności, tylko z obowiązkiem, żeby dojechać do końca.
Przystanki w jego trasie są jak punkty oddechu — krótkie, wyznaczone, nieprzedłużalne. Można na nich zrobić tylko tyle, ile pozwala harmonogram. I może właśnie w tym jest lekcja: równowaga nie zawsze polega na tym, żeby mieć więcej czasu. Czasem polega na tym, żeby w czasie, który już jest, być bliżej siebie — nawet jeśli ten czas trwa tyle, co postój tramwaju na skrzyżowaniu.
Spróbuj jutro
Jutro wybierz jedną czynność, którą i tak wykonujesz codziennie — dojazd, pierwsza kawa, sprawdzenie skrzynki, spacer po schodach. Zrób ją raz świadomie, jak motorniczy, który pierwszy raz patrzy na trasę, którą zna na pamięć. Zauważ jeden szczegół, którego wczoraj nie widziałeś. Nie po to, żeby zmienić rytm. Po to, żeby w nim być.
Motorniczy kończy zmianę, kiedy rozkład mówi „koniec”. Schodzi z kabiny zmęczony albo spokojny — zależy od dnia, nie od trasy. Szyny jutro będą te same. Przystanki w tych samych miejscach. A on znowu będzie musiał znaleźć wewnętrzny rytm, który nie jest wydrukowany na żadnym papierze.
Może o to właśnie chodzi w równowadze, o której tak rzadko mówimy uczciwie: nie o życie bez powtórzeń, tylko o życie, w którym powtórzenia nie odbierają nam obecności. Szyny wyznaczają trasę. Nie mówią, jak masz przez nią przejechać.
Która część Twojego dnia jest już ułożona jak rozkład jazdy —
i kiedy ostatnio jechałeś nią naprawdę obecny?
Źródła, do których wracam
- Mihály Csíkszentmihályi, Flow: The Psychology of Optimal Experience, Harper & Row — o stanie przepływu w zadaniach powtarzalnych i wymagających
- Mihály Csíkszentmihályi, Przepływ. Jak osiągnąć szczytowe doświadczenia i pełnię życia, Wydawnictwo Studio EMKA — polskie wydanie koncepcji flow
- Lewis Mumford, Technics and Civilization, Harcourt Brace — o rytmie maszynowym i ludzkiej adaptacji do uporządkowanego czasu


